Tu jest jakby luksusowo

09/12/2022

Różowa peruka, rzęsy pod sufit, buty z sex-shopu i niewinna mina. A potem, prosto z roli gwiazdy porno potrafi swobodnie wejść w zupełnie inny świat. Prywatny. Ewa Kasprzyk - aktorka, której z luksusem jest bardzo po drodze...

kasprzyk aktorka książka

photo: fragment okładki książki "Mił.ość" Ewy Kasprzyk i Marcina Kędziaka

Spóźniła się na spotkanie z fanami całe pół godziny, jakby chciała przypomnieć światu, że gwiazda nie chodzi, tylko pojawia się. Weszła, łyknęła wodę i od razu zaznaczyła, że to nie kac, tylko pragnienie. W jej wieku i przy jej grafiku człowiek nie ma czasu na kaca – ma czas co najwyżej na szybkie przejazdy między miastami, na hotele, w których nie pamięta numeru pokoju, i na rozmowy, w których próbuje się streścić całe życie: zawodowe, prywatne, to pomiędzy i to, o którym wolałaby nie mówić, ale i tak mówi, bo ma w sobie ten rodzaj szczerości, który nie pyta o pozwolenie.

Gdzieś między jednym a drugim zdaniem Ewa Kasprzyk rzuciła, że jej książka sprzed lat (pt. „Mił.ość”) to już biały kruk. Tak powiedziała – biały kruk. I że może czas ją wznowić. Patrzyła przy tym tak, jakby naprawdę rozważała, czy nie warto wrócić do tamtej siebie, tej sprzed lat, zanim życie zaczęło ją gonić jak reżyser po przerwie technicznej. I oczywiście jej bardzo miło, że wśród uczestników spotkania znalazły się osoby, którym udało się znaleźć tego „kruka”.

A potem zaczęła mówić o pracy. Praca to jest wtedy, kiedy płacą. A jak robisz coś z miłości, to już nie praca, chyba że jesteś… no, wiadomo kim. I że najlepiej to mieć jedno i drugie naraz – robić to, co się kocha, i jeszcze brać za to pieniądze. Inaczej człowiek kończy w miejscu, którego nie znosi, i z hobby, które kocha, ale które nie płaci rachunków. I że ona to właściwie nie wie, czy ma jakieś hobby poza pracą. Bo kiedy niby? Jak się żyje w rozkładzie jazdy, a nie w kalendarzu.

Mówiła, że odpoczynek ją męczy. Że ludzie marzą o emeryturze, a potem umierają z nudów. Ewa Kasprzyk też przeszła na emeryturę – taką z nazwy, bo w praktyce to tylko zmiana papierów. Zrezygnowała z etatu w teatrze, choć mogła siedzieć tam do końca świata na ciepłej posadce. Ale nie. Ona musiała „poruszyć zwoje”. Otworzyć nowe drzwi. I teraz to ona wybiera role, ona decyduje, reżyseruje. I to ją trzyma przy życiu bardziej niż wszystkie suplementy świata.

A potem wróciła do początku. Do Stargardu Szczecińskiego. Do klubu kolejarza, gdzie zaczęła się jej miłość do teatru. Do mamy, która patrzyła na nią jak na dziecko, które chce zostać kosmonautką, choć nie ma nawet roweru. „Aktorka musi być ładna” – mówiła mama. A ona wtedy była taka… zwyczajna. Nieopierzona. Bez talii Brigitte Bardot i bez pewności siebie. Pojechała panna Kasprzyk na egzaminy i oblała. I dobrze, mówi dziś. Bo brak wiary w siebie słychać w głosie, widać w oczach, czuć w każdym geście. A egzaminy to loteria – czasem komisja nie widzi tego, co w tobie najlepsze. Czasem ty sam tego nie widzisz. Bywa.

Cztery razy zdawała. Cztery. I dopiero w Krakowie ją przyjęli. A Kraków to był jej dom - prawdziwy, teatralny. Bo teatr to dom. Film to hotel.

- W teatrze znasz garderobianą, krawcową, inspicjenta, widza, który przychodzi dwadzieścia razy na ten sam spektakl i przynosi ci balony. W filmie znasz tylko catering i to przez chwilę - mówiła.

Mówiła też o aktorze Jerzym Treli, o tym, czego ją nauczył. O tym, że teatr to bycie, a film to bywanie. I że ona też tak ma. Że w teatrze oddycha pełną piersią, a w filmie… tylko przez chwilę.

A potem przyszły te trudniejsze rzeczy. Te, o których człowiek nie chce mówić, ale mówi, bo życie nie pyta, czy masz siłę. Kręciła film, w którym jej postać umierała, kiedy jej mama naprawdę umierała. I musiała wybrać: zostać przy niej czy grać. Mama powiedziała: idź grać. I poszła. I zagrała. I dostała nagrody. Ale do dziś ma gulę w gardle, kiedy o tym mówi. Bo są takie decyzje, które zostają w człowieku jak drzazga - nie bolą cały czas, ale wystarczy dotknąć.

Opowiadała też o swoich kolegach aktorach, którzy grali ze złamanym sercem, z wiadomością o śmierci matki w kieszeni. Bo teatr nie zna litości. Bo scena nie pyta, czy masz siłę. Bo widz nie wie, co zostawiłeś za kulisami. Trzeba wyjść i grać rolę.

Było też o rolach, które przeszły koło nosa. O tych, które zabrała jej Katarzyna Figura, i o tych, które ona zabrała Figurze. O tym, że życie się wyrównuje, choć czasem robi to po swojemu. O tym, że odmówiła wielu ról, bo była matką, a nie maszyną. Bo kiedyś nie było kamperów, przyczep, pieluch jednorazowych i dzieci dowożonych na karmienie. Była tetra, pranie i mleko kipiące na kuchence. I reżyser, który się obraził, gdyż wybrała dziecko, a nie jego serial.

Mówiła o priorytetach. O tym, że film nie ucieknie, a dziecko - tak. Że nie wiadomo, czy film będzie dobry, ale wiadomo, że dziecko będzie miało tylko jedno dzieciństwo.

A potem przeszła do reżyserii. Do roli Dalidy, którą grała, bo ktoś kiedyś powiedział, że jest do niej podobna. Do tej pięknej, bogatej, utalentowanej kobiety, która miała pecha w miłości tak wielkiego, że aż trudno uwierzyć. Do jej jedwabnej piżamy, whisky i tabletek. Do mężczyzn, którzy odchodzili z hukiem. Do tego, że najbardziej interesują ją postacie na krawędzi – bo tam widać człowieka najostrzej.

I na koniec rzuciła, że teraz chodzi jej po głowie monodram o fryzjerce męskiej. Takiej, która strzyże facetów i widzi więcej, niż oni chcą pokazać. I że może to jest właśnie to – patrzeć w przód, nie rozgrzebywać, nie wracać, nie dłubać w przeszłości jak w zębie, który już dawno powinien być wyrwany.

Tak mówiła, tak wspominała. Ewa Kasprzyk była już w drodze, zanim publika zorientowała się, że w ogóle trzeba wyjść i ruszyć. A w powietrzu zostało jej jedno zdanie, które długo jeszcze krążyło nad salą: że tę książkę trzeba wznowić.

aktorka Ewa Kasprzyk autograf spotkanie autorskie  książka Jola Babij

Jola Babij /Media Production JB