Historia prawdziwa, ale nie za bardzo
17/05/2016
Współpraca nad książką zaczyna się zwykle od wielkich deklaracji. „Chcę, żeby to było szczere” — pada na początku, z pełnym przekonaniem, jakby szczerość była czymś, co można włączyć jednym przyciskiem.

Dopóki nie pojawi się pierwszy fragment, który naprawdę odsłania człowieka. Wtedy entuzjazm zaczyna się kruszyć. Widać to po pauzie. Po tym krótkim zawieszeniu, kiedy autor czyta akapit i nagle zaczyna przesuwać wzrok w bok, jakby szukał wyjścia ewakuacyjnego. „Może to skróćmy” — mówi. Albo: „To nie jest aż tak ważne”. Albo: „Nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że…”. I w tym momencie wiadomo, że nie chodzi o skrócenie. Chodzi o ochronę. O to, żeby historia była prawdziwa, ale nie za bardzo. Czyli? Ano żeby bolała, ale tylko trochę. Żeby odsłaniała, ale nie obnażała.
Najciekawsze jest to, że niewygodne fragmenty nie są problemem literackim. Są problemem emocjonalnym. Tekst nie gryzie. Tekst nie ocenia. Tekst nie ma opinii. Ale autor ma. I to właśnie z tą opinią toczy wewnętrzną walkę. Bo prawda, która wygląda dobrze na papierze, to nie prawda — to wersja do druku. Widać to szczególnie wtedy, gdy historia dotyka momentów, które autor wolałby pamiętać inaczej. Nie dlatego, że chce kłamać. Dlatego, że chce przetrwać. Każdy ma takie miejsca — te, które omija wzrokiem, kiedy przegląda własne życie. A książka nie pozwala omijać. Książka każe patrzeć.
Najbardziej poruszające są chwile, w których autor w końcu przestaje negocjować z własną przeszłością. Kiedy mówi: „Dobrze. Nie ruszajmy tego”. I wtedy tekst zaczyna oddychać. Bo prawda, nawet ta niewygodna, ma w sobie siłę, której nie da się zastąpić żadnym literackim trikiem.
Jola Babij /Media Production JB