Pozwala działać
19/11/2016
Przyszedł do nas z pomysłem na książkę o swojej „wyjątkowej umiejętności pracy zespołowej”. Brzmiało to jak zapowiedź projektu, w którym będziemy analizować współdziałanie, komunikację, wspólne cele. W praktyce okazało się, że jedyną osobą, z którą nasz zleceniodawca kiedykolwiek współpracował, był... jego własny kalendarz. I to też nie zawsze skutecznie.

photo: Kamaji Ogino
Piszę o tym, nie po to by oceniać, ale żeby uzmysłowić innym - na czym polega nasza praca i z czym się musimy czasem zmierzyć, żeby powstała książka. Pierwsza rozmowa wyglądała jak casting do roli kapitana drużyny, który nie zna nazwisk żadnego zawodnika. Zapytałam o zespoły, w których działał. Odpowiedział, że „różne”. Jakie? „No… różne”. Wspólne inicjatywy? „Wolę pracować sam”. Projekty grupowe? „Nie przepadam za grupami”. W tym momencie zaczęłam podejrzewać, że jego definicja pracy zespołowej polega na tym, że inni istnieją w tym samym budynku, ale najlepiej, żeby nie zadawali pytań.
Nie był aspołeczny. On po prostu całe życie działał w trybie „sam zrobię, szybciej będzie”. Taki typ, który nie deleguje, bo „i tak poprawi”, nie prosi o pomoc, bo „nie ma czasu tłumaczyć”, i nie konsultuje, bo „wie, co robi”. A jednocześnie chciał książki, która pokaże go jako człowieka, który łączy ludzi jak spoiwo epoksydowe.
Próba wydobycia z niego choć jednej sytuacji, w której współpracował z kimkolwiek, wyglądała jak przesłuchanie świadka, który nie pamięta, czy w ogóle był na miejscu zdarzenia. Pytałam o wspólne działania — nie wie. O kogoś, z kim coś tworzył — nie przypomina sobie. O kogoś, kto go wspierał — nie potrzebuje wsparcia. O kogoś, komu pomógł — „to zależy, co pani rozumie przez pomoc”.
W pewnym momencie zrozumiałam, że jego największym zespołem jest lista zadań w telefonie. I to taka, którą aktualizuje tylko on, bo kto inny miałby do niej dostęp?
A potem padło zdanie, które wyjaśniło wszystko: „Chcę, żeby ta książka pokazała, że jestem świetnym team playerem”. I wtedy pomyślałam, że zanim zaczniemy pokazywać, musimy najpierw znaleźć choć jedną sytuację, w której nie działał jak jednoosobowa armia.
Najtrudniejsze w tej współpracy było to, że on nie był egoistą. On po prostu... całe życie musiał radzić sobie sam. Zawsze ogarniał, zawsze dowoził, zawsze był tym, który „zrobi, bo inaczej nie będzie zrobione”. I teraz nie wiedział, jak wygląda praca, w której ciężar rozkłada się na kilka osób. W jego świecie współpraca była czymś podejrzanym — jakby oddanie jednego zadania mogło spowodować, że cały projekt runie jak domek z kart.
Moim zadaniem było pokazać mu, że praca zespołowa nie polega na oddaniu kontroli, tylko na tym, żeby nie dźwigać wszystkiego samemu. Że współpraca nie odbiera kompetencji — ona je wzmacnia. I że czasem największym aktem pracy zespołowej jest to, że pozwala komuś wejść do środka.
Ostatecznie znalazłam trzy sytuacje, w których jednak współpracował — choć nieświadomie. Zbudowałam z tego narrację. On przeczytał i powiedział: „Nie wiedziałem, że to była praca zespołowa”. A potem dodał: „Brzmi, jakbym naprawdę był team playerem”.
I tak powstała książka o pracy zespołowej, którą klient miał w sobie od lat, tylko nigdy jej nie zauważył. Bo czasem największą współpracą, jaką zleceniodawca jest w stanie wykonać, jest to, że pozwala ghostwriterowi działać.
Jola Babij /Media Production JB