Twórczy chaos autorów
15/05/2026
Zdarzają się klienci, którzy znikają na trzy miesiące (było już o tym). Ale są i tacy, którzy z naszej zawodowej przestrzeni nie znikają nigdy.

Oni wracają. Jak bumerangi (nawet codziennie!). Zawsze z nową wersją, zawsze „ostatnią”, zawsze „już naprawdę finalną”. To jest gatunek, który nie wymaga poszukiwań - on sam przychodzi. Czasem o szóstej rano, czasem o dwudziestej trzeciej, czasem w niedzielę, bo „wpadło mi coś do głowy”.
Pierwsza wersja wygląda obiecująco. Druga jeszcze lepiej. Trzecia zaczyna się robić podejrzanie podobna do pierwszej. A czwarta wraca do pomysłów z drugiej. Piąta, wiadomo, wprowadza zmiany, które cofają zmiany z czwartej. A szósta to już osobny byt, który żyje własnym życiem i nie pamięta, że kiedyś miał początek, środek i koniec.
Najbardziej fascynujące jest to, że każdy taki autor ma w sobie głębokie przekonanie, że właśnie teraz w tej wersji - wszystko wreszcie kliknęło. Że to już. A nawet więcej, że… można drukować („świat jest gotowy”). A potem, po dwóch godzinach, przychodzi mail: „Jednak zmieniłem zdanie”.
Otwieram plik. Widzę tekst, który wygląda jak pole bitwy między wczorajszą wersją a dzisiejszą. Bohater ma znowu inne imię. Narracja wróciła do czasu przeszłego, ale tylko w połowie rozdziału. Dialogi są dłuższe, bo autor „dodał trochę emocji”. A na końcu dopisek: „To już naprawdę ostatnia wersja”.
Prawdą jest, że autorzy tego typu naprawdę nie robią tego ze złośliwości. Oni po prostu żyją w stanie permanentnej INSPIRACJI. I może ten stan rzeczy zrozumieć tylko ten, kto coś tworzy. Każda rozmowa, każdy spacer, każdy film, każdy komentarz znajomego - wszystko może wywołać w nich lawinę zmian. I ta lawina zawsze spada na redaktora (albo ghostwritera).
Współpraca z takim autorem przypomina remont, który nigdy się nie kończy. Zmieniasz kafelki, a on mówi, że jednak woli drewno. Kładziesz drewno, a on stwierdza, że jednak kafelki były lepsze. A kiedy już wszystko jest gotowe, on wpada z pomysłem, że może jednak wyburzymy ścianę. A jednak jest w tym coś pięknego. Bo autor, który wraca codziennie, to autor, który naprawdę żyje swoją książką. On ją nosi w głowie, w kieszeni, w rozmowach, w snach. A przede wszystkim – w sercu. On ją przeżuwa, przerabia, przewraca na wszystkie strony. I choć czasem człowiek ma ochotę wysłać mu maila o treści: „Zostaw ten tekst w spokoju”, to wie jedno - z takiego autora wychodzą książki, które mają puls.
Bo autor, który nie odpuszcza, to autor, który naprawdę chce. A redaktor (lub ghostwriter), choć czasem zgrzyta zębami, wie, że ta determinacja jest paliwem, które napędza cały projekt. I dlatego, jestem cierpliwa, rozumiem i doceniam cały ten trud. Proces twórczy to poważna sprawa. I choć potrafi wykończyć, to właśnie dzięki niemu powstają historie, które rzeczywiście oddychają.
Jola Babij / Media Production JB
Profesjonalna pomoc w napisaniu książki