Jak wygląda praca ghostwritera?

11/11/2016 

Wyobrażenie o ghostwriterach jest zwykle tak samo romantyczne, jak wszystkie mity o pisaniu: człowiek siedzi w kawiarni, pije latte, stuka w klawiaturę i czeka, aż natchnienie łaskawie zechce się pojawić. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

 jola_babij509

Ghostwriter siedzi tam, gdzie akurat jest cicho, pije cokolwiek, co ma kofeinę, stuka w klawiaturę, bo musi, a natchnienie — jeśli w ogóle istnieje — ma go w głębokim poważaniu. Serio! Pisanie na zlecenie nie ma nic wspólnego z romantyzmem. To bardziej logistyka emocjonalna, zarządzanie chaosem i próba utrzymania narracji w ryzach, kiedy klient właśnie postanowił zmienić koncepcję po raz trzeci w tym tygodniu.

Praca ghostwritera zaczyna się dużo wcześniej, zanim powstanie choć jedno zdanie. Najpierw trzeba wysłuchać klienta, który zwykle mówi za dużo albo za mało — jedni opowiadają jak karabin maszynowy, drudzy jakby mieli limit słów na miesiąc. Trzeba zadać pytania, których nikt im nigdy nie zadał, bo dopiero wtedy zaczyna się wyłaniać sens. Trzeba przejrzeć materiały, notatki, nagrania, maile, zdjęcia, dokumenty, a czasem nawet wiadomości głosowe, w których klient mówi szeptem, bo „właśnie coś sobie przypomniał”. Ghostwriter musi z tego wszystkiego wyciągnąć historię, której klient nie potrafi opowiedzieć, a potem napisać ją tak, żeby brzmiała jak jego własna.

To zawód, w którym trzeba być cierpliwym jak pediatra, dokładnym jak księgowa, kreatywnym jak copywriter, odpornym jak psychoterapeuta i szybkim jak ktoś, kto ma deadline jutro o ósmej rano. Pisanie jest tu najmniej skomplikowaną częścią. Najtrudniejsze jest ogarnięcie klienta — jego emocji, oczekiwań, wizji, wątpliwości, nagłych olśnień i równie nagłych zmian zdania. Ghostwriter musi filtrować, interpretować, tłumaczyć, uspokajać i jednocześnie nie zwariować, choć bywa, że to ostatnie jest najtrudniejsze.

Każdy dzień wygląda inaczej. Jednego dnia ghostwriter prowadzi wywiad z klientem, który mówi tak szybko, że nagranie trzeba potem zwalniać o połowę, żeby cokolwiek zrozumieć. Drugiego dnia rozmawia z kimś, kto odpowiada monosylabami i trzeba z niego wyciągać każde zdanie jak dentysta zęba, który nie chce wyjść. Trzeciego dnia pisze dziesięć stron, czwartego kasuje dziewięć, piątego poprawia to, co klient „poprawił”, szóstego tłumaczy, że książka to nie Instagram, a siódmego tłumaczy sobie, że to tylko praca i że naprawdę lubi to, co robi. Czy można w tym wszystkim zwariować? No, można.

Największe kłamstwo o ghostwritingu brzmi: „ghostwriter tylko pisze”. Gdyby tak było, ta praca byłaby wakacjami (choć, owszem bywa połączona z ekskluzywnymi wakacjami – ale to temat na inną opowieść) . Ghostwriter więc nie tylko pisze. On ratuje projekty które klient prawie zabił. Układa narrację, która nie chciała się ułożyć, skraca to, co klient rozwlekał bez litości, dopisuje to, czego klient nie potrafił nazwać. I robi to wszystko tak, żeby klient wyglądał jak człowiek, który wie, co mówi. To architekt narracji, nie stenotypista (tu aż świerzbi mnie palec, by wstawić czerwony wykrzyknik).

Dlaczego ludzie zatrudniają ghostwriterów? Bo nie mają czasu, talentu, cierpliwości, dystansu ani pojęcia, jak zacząć, skończyć, rozwinąć projekt i nie zwariować po drodze. Bo chcą książki, ale nie chcą jej pisać. Bo chcą efektu bez procesu. Ghostwriter bierze na siebie cały syf twórczy, a klient dostaje produkt końcowy — czysty, elegancki, gotowy do druku (a czasem nawet już wydrukowaną, pachnącą książkę).

I może właśnie dlatego ghostwriting jest tak dobrze płatny. Bo ghostwriter robi wszystko to, czego klient nie chce robić. Albo nie potrafi. A czasem jedno i drugie naraz.

 

Jola Babij /Media Production JB

Polecany ghostwriter autor widmo pisarz na zamówienie