Książka, którą podpisuje ktoś inny
08/11/2016
Proces ghostwritingu zaczyna się zwykle niewinnie, od krótkiej wiadomości, w której klient pisze, że „ma pomysł na książkę” i „potrzebuje tylko kogoś, kto to ładnie ułoży”. W praktyce oznacza to, że autor widmo wchodzi do świata, który istnieje jedynie w strzępach opowieści, w emocjach, w nieuporządkowanych wspomnieniach i w przekonaniu klienta, że wszystko da się opowiedzieć w godzinę. Czasem się udaje, czasem trwa to dłużej.

Pierwsza rozmowa jest zawsze próbą zrozumienia, co właściwie ma powstać: czy to będzie historia życia, poradnik, powieść, czy może coś, co dopiero w trakcie rozmowy nabierze kształtu. Klient mówi, ghostwriter słucha, a między jednym a drugim zdaniem zaczyna się rodzić konstrukcja, której klient jeszcze nie widzi, ale która już zaczyna istnieć.
Najbardziej fascynujące jest to, że ghostwriter musi jednocześnie być obecny i niewidzialny. Musi słuchać tak uważnie, jakby od tego zależało życie bohatera, a jednocześnie znikać na tyle, by w tekście nie było widać jego własnego głosu. To praca, w której trzeba umieć wejść w cudzą narrację, cudzy sposób myślenia, cudze tempo opowiadania. Klient często mówi chaotycznie, przeskakuje z tematu na temat, wraca do wątków, które porzucił pół godziny wcześniej, i dopiero ghostwriter potrafi z tego stworzyć linię, która prowadzi czytelnika od początku do końca bez potknięć.
Kiedy pierwsza wersja tekstu trafia do klienta, zaczyna się etap, który można porównać do wspólnego remontu mieszkania: klient nagle odkrywa, że jednak wolałby inne ściany, inne kolory, inne rozmieszczenie mebli. Czasem mówi, że „tylko trochę poprawił”, po czym okazuje się, że zmienił połowę książki, dopisał trzy rozdziały i zastanawia się, czy nie zmienić gatunku. Innym razem twierdzi, że wie dokładnie, czego chce, ale każde kolejne zdanie świadczy o czymś zupełnie przeciwnym. Ghostwriter musi w tym wszystkim zachować spokój, bo wie, że to część procesu: klient dopiero teraz widzi swoją historię na papierze i dopiero teraz zaczyna rozumieć, co naprawdę chce powiedzieć.
Kiedy tekst wreszcie nabiera kształtu, pojawia się redaktor, który patrzy na książkę z dystansem, jakiego nie ma ani klient, ani ghostwriter. Redaktor widzi konstrukcję, rytm, logikę, miejsca, w których historia zwalnia lub przyspiesza zbyt gwałtownie. To on potrafi powiedzieć, że rozdział, który klient uważa za najważniejszy, wcale nie jest potrzebny, a scena, którą ghostwriter pisał z wysiłkiem, powinna znaleźć się zupełnie gdzie indziej. To etap, w którym książka zaczyna oddychać pełniej, bo ktoś z zewnątrz wreszcie zobaczył ją jako całość.
A potem przychodzi korektor — człowiek, który nie interesuje się emocjami, konstrukcją ani intencją. On widzi przecinki, powtórzenia, literówki, rytm zdań, który można jeszcze wygładzić. To on sprawia, że tekst staje się czysty, klarowny, gotowy do druku. Ghostwriter czyta poprawki i myśli, że korektor ma rentgen w oczach, bo widzi rzeczy, które umknęły wszystkim innym.
Najbardziej niezwykły moment przychodzi na końcu, kiedy klient dostaje gotową książkę i podpisuje się pod nią swoim nazwiskiem. To chwila, w której ghostwriter znika całkowicie, jakby nigdy go tam nie było. Klient mówi o swojej książce w wywiadach, opowiada o procesie twórczym, o inspiracjach, o tym, jak długo nad nią pracował. Ghostwriter słucha tego z uśmiechem, bo wie, że taka jest natura tej pracy: być obecnym tam, gdzie trzeba, i zniknąć wtedy, kiedy książka zaczyna żyć własnym życiem.
I może właśnie dlatego ghostwriting jest tak fascynujący. Bo to sztuka tworzenia czegoś, co nie należy do twórcy. Sztuka pisania cudzym głosem, ale z własną precyzją. Sztuka bycia niewidzialnym, ale niezbędnym. A kiedy książka trafia do czytelników, ghostwriter wie jedno: zrobił coś, czego nikt nie zauważy — i właśnie dlatego zrobił to dobrze.
Jola Babij /Media Production JB
Polecany ghostwriter autor widmo pisarz na zamówienie