Dzień pracy korektora
29/10/2016
Nasi korektorzy to ludzie, którzy zaczynają dzień od kawy i… wątpliwości. Nie swoich — cudzych.

Otwierają tekst i od razu widzą, że ktoś wczoraj napisał „na prawdę”, choć całe życie wiedział, że to jedno słowo. Że bohater „nie może się doczekać” i trzy linijki dalej „nie może doczekać się”, jakby autor testował, która wersja bardziej mu leży. Że w dialogu brakuje cudzysłowu, ale za to jest przecinek, którego nikt nie zapraszał.
Korektor w Media Production JB nie zaczyna od wielkich dramatów. Zaczyna od rytmu. Od tego, czy zdanie płynie, czy potyka się o własne słowa. Od tego, czy akapit oddycha, czy sapie jak ktoś, kto wbiegł na czwarte piętro bez windy. To praca, w której trzeba mieć cierpliwość zegarmistrza i czujność kogoś, kto potrafi usłyszeć fałszywy ton w orkiestrze, choć gra tam pięćdziesiąt osób.
Najciekawsze jest to, że korektorzy widzą rzeczy, których nikt już nie widzi. Autor czytał tekst tyle razy, że jego mózg recytuje go z pamięci (!). Redaktor zna każdą scenę, każdą zmianę, każde przesunięcie akapitu. A korektor WCHODZI ŚWIEŻO — i widzi, że w jednym miejscu bohaterka „wyciąga telefon z kieszeni”, a w następnym „sięga po torebkę, bo telefon ma w środku”. Widzi, że w opisie jest jedno słowo za dużo, takie, które psuje rytm jak źle dobrany akord. Widzi, że w zdaniu, które autor kocha, brakuje przecinka, który zmienia sens bardziej, niż autor chciałby przyznać.
Nasi korektorzy mają też swój ulubiony moment dnia: ten, w którym znajdują błąd tak sprytnie ukryty, że aż trudno uwierzyć, że istnieje. Literówka w nazwisku, które pojawia się trzydzieści razy — i tylko raz jest zapisane inaczej. Powtórzone słowo, które zlewa się z resztą tekstu tak perfekcyjnie, że nikt go nie zauważył. Albo zdanie, które wygląda poprawnie, dopóki nie przeczyta się go na głos — wtedy okazuje się, że ma rytm jak ktoś, kto próbuje mówić z pełnymi ustami.
Najbardziej zaskakujące jest to, że korektor nie ocenia fabuły. Nie interesuje go, czy bohater jest sympatyczny, czy zakończenie ma sens. On dba o to, żeby książka była czysta, klarowna, gotowa do druku. To on mówi:
– Tu masz literówkę.
– Gdzie? – pyta autor.
– W miejscu, które czytałeś pięć razy.
– Niemożliwe.
– A jednak.
Korektorzy pracują w ciszy. Nie potrzebują fanfar. Nie muszą być wymieniani w podziękowaniach, choć często tam trafiają. Ich satysfakcja jest inna: widzą, jak tekst, który jeszcze wczoraj był pełen drobnych potknięć, dziś stoi prosto, elegancko, gotowy na spotkanie z czytelnikiem. Jak ktoś, kto wreszcie założył dobrze skrojony garnitur.
A kiedy zamykają komputer, wiedzą jedno: jutro znów ktoś wyśle im plik o nazwie „wersja_finalna_ostateczna_poprawiona3.docx”. I znów znajdą w nim coś, czego nikt inny nie zauważył. Bo taka jest ich praca. Cicha, niezwykle precyzyjna, niezbędna. I wielkie im dzięki za to, i chwała, i całuję ich za to po stópkach.
I właśnie dlatego książki, które przeszły przez ręce dobrego korektora, czyta się tak, jakby powstały bez wysiłku. Choć w rzeczywistości ktoś spędził godziny, pilnując, żeby każde słowo było na swoim miejscu.
Jola Babij /Media Production JB
Polecany ghostwiter pisarz widmo autor na zlecenie