Kiedy myślenie psuje pisanie
11/05/2016
Wielu autorów pisze świetnie — dopóki nie przypomni sobie, że ktoś to przeczyta. To moment, w którym swobodny strumień myśli zamienia się w ostrożne stawianie kroków. Każde zdanie zaczyna być filtrowane przez wyobrażenie o odbiorcy. A wyobrażony odbiorca bywa bezlitosny: wszystko widzi, wszystko ocenia, wszystkiego wymaga.

Widać to po zmianie tempa. Tekst, który jeszcze chwilę wcześniej płynął naturalnie, nagle zaczyna się kurczyć. Zdania stają się krótsze, ostrożniejsze, jakby autor bał się, że jedno nieprecyzyjne słowo wywoła lawinę krytyki. Znika odwaga. Znika humor. Znika to, co w rozmowie było najmocniejsze — spontaniczność.
Najbardziej uderza to w momentach, w których autor zaczyna pisać „pod publiczkę”. Zamiast opowiadać historię, zaczyna ją tłumaczyć. Zamiast pokazywać emocje, zaczyna je uzasadniać. Zamiast prowadzić narrację, zaczyna się usprawiedliwiać. Tekst traci energię, bo autor próbuje zadowolić kogoś, kogo nigdy nie spotka.
Paradoks polega na tym, że im bardziej autor stara się przewidzieć reakcję czytelnika, tym bardziej oddala się od tego, co czytelnik naprawdę chce. A czytelnik chce jednego: autentyczności. Nie perfekcji. Nie wyważonych zdań. Nie literackich póz. Chce głosu, który nie boi się brzmieć jak głos.
Najciekawsze jest to, że kiedy autor przestaje pisać „dla kogoś”, a zaczyna pisać „z siebie”, tekst natychmiast odzyskuje rytm. Wraca naturalna melodia zdań. Wraca odwaga. Wraca to, co w pisaniu najcenniejsze — prawdziwa obecność autora w każdym akapicie.
Pisanie nie jest występem. Pisanie jest rozmową. A najlepsze rozmowy to te, w których nikt nie próbuje zrobić wrażenia.
Jola Babij /Media Production JB