Pisarski autosabotaż

12/11/2025 

Autorzy sabotują swoje książki z taką konsekwencją, jakby dostawali za to premię. To jest talent, którego nikt im nie odbierze. Jedni robią to z lęku, inni z nadmiaru ambicji, jeszcze inni z czystej, niczym nieskrępowanej kreatywności, która wybucha w najgorszym możliwym momencie. I choć każdy autor marzy o tym, żeby jego książka była „najlepsza, jaka może być”, to w praktyce często robi wszystko, żeby jej to uniemożliwić.

szukam ghostwriter Jola Babij

Pierwszy sabotaż to poprawianie tekstu, który jeszcze nie istnieje. Autor siada do pierwszego rozdziału i zamiast pisać, zaczyna go szlifować. Zdanie po zdaniu, przecinek po przecinku. Jakby redaktor siedział mu na ramieniu i oceniał każdy ruch. Po godzinie ma trzy zdania i poczucie, że „to nie to”. Oczywiście, że nie to — bo to dopiero początek. Ale autor woli poprawiać początek w nieskończoność, niż napisać środek. To jak próba wykończenia mieszkania, którego jeszcze nie wybudowano.

Drugi sabotaż to dopisywanie wszystkiego, co przyszło do głowy — najlepiej w jednym rozdziale. Autor boi się, że jeśli czegoś nie powie od razu, to już nigdy tego nie powie. Więc wrzuca wszystko: historię dzieciństwa, anegdotę z liceum, przepis na zupę, trzy traumy i jedną refleksję egzystencjalną. A potem dziwi się, że tekst wygląda jak walizka spakowana przez kogoś, kto nie wie, dokąd jedzie, więc zabrał wszystko, łącznie z czajnikiem.

Trzeci sabotaż to „poprawki po poprawkach”. Autor wysyła tekst do redakcji, dostaje uwagi, wprowadza je… i nagle stwierdza, że jednak zmieni wszystko. Nie trochę. Wszystko. Bohater ma inne imię, narracja inny czas, fabuła inny sens, a rozdział, który był sercem książki, znika, bo „coś mi nie grało”. To moment, w którym redaktor zaczyna rozumieć, dlaczego niektórzy ludzie wybierają pracę w księgowości.

Czwarty sabotaż to strach przed końcem. Autor pisze, pisze, pisze… i kiedy zbliża się ostatni rozdział, nagle zaczyna zwalniać. Jakby koniec był czymś ostatecznym, nieodwracalnym, jakby zamknięcie książki oznaczało zamknięcie jakiegoś etapu życia. I wtedy pojawia się klasyczne: „Jeszcze tylko dopiszę jedną scenę”. A potem drugą, trzecią. I autor budzi się z manuskryptem, który ma 600 stron i żadnej potrzeby, żeby mieć aż tyle.

Autorzy nie robią tego ze złej woli. Oni po prostu kochają swoje historie tak bardzo, że boją się je wypuścić. Boją się, że nie są wystarczająco dobre, albo że ktoś je oceni. I w tym strachu, że świat nie zrozumie - robią wszystko, żeby książka nigdy nie wyszła z ich głowy.

A prawda jest taka (o czm trąbimy w Media Production JB od zawsze), że książka nie potrzebuje perfekcji. Książka potrzebuje decyzji, odwagi, momentu, w którym autor powie: „Dość. To jest to”. I wtedy dopiero zaczyna żyć.


Asia /team Media Production JB