Cichopek odzyskała tożsamość
16/12/2018
Mówi o sobie, że jest niska, ale temperamentna. „Jak trzeba, to tupnę” – rzuca tak naturalnie, jakby to było jej drugie imię. Przez lata widzowie widzieli w niej tylko Kingę Zduńską. Dopiero paparazzi sprawili, że ludzie zaczęli dostrzegać Katarzynę Cichopek – kobietę, nie postać z serialu. Paradoks czasów: prywatność zabrali jej tabloidowi łowcy, ale to oni oddali jej twarz.

foto: Adam Staśkiewicz
Zaczynała jako trzynastolatka u Machulskich. Wygrała casting do „Bożej podszewki”, ucharakteryzowano ją, ustawiono na planie – i wtedy usłyszała słowa, które potrafią zdmuchnąć pewność siebie nawet dorosłemu, a co dopiero dziecku:
- Ona? Za gruba. Za bardzo rozwinięta. Nie ma mowy.
To był jej pierwszy kontakt z show-biznesem. I pierwsza lekcja, że świat kamer nie zawsze świeci ciepłym światłem. Obraziła się na telewizję, ale nie na teatr. Teatr był bezpieczny, teatr nie oceniał talii.
Halina Machulska musiała ją niemal wypchnąć na casting do nowego serialu.
- Tylko 20 odcinków, Witold Pyrkosz gra, idź.
Poszła. Zagrała scenę o „szarym komputerze”, która dziś żyje własnym życiem w Internecie. Miała być epizodem. Została na osiemnaście lat. „To nie ja wybrałam zawód. To zawód wybrał mnie” – mówi. I trudno się z nią nie zgodzić.
Kiedy przyszła propozycja udziału w „Tańcu z gwiazdami”, nie wiedziała, że to będzie jej życiowy zakręt.
- Uważajcie na rumbę. Z rumby rodzą się dzieci – żartuje dziś. Wtedy poznała Marcina Hakiela. Wtedy zaczęła się ich historia.
Marzyła o tym programie od pierwszej edycji. Ale była „tą od Kingi Zduńskiej”, więc szanse miała jak pingwin na konkursie skoków wzwyż. Los jednak lubi robić swoje.
W programie „Mój pierwszy raz” zatańczyła tango. Choreograf spojrzał na nią i powiedział:
- Ty się dobrze ruszasz. Zaproponuję cię do kolejnej edycji.
I tak się zaczęło.
Treningi były mordercze.
- Myślałam, że choreografia to dwie godziny roboty. Naiwność level: studentka psychologii – śmieje się.
Ale taniec ją pochłonął. A z Marcinem stworzyli wówczas duet, który działał jak małżeństwo przed ślubem: blisko, intensywnie, czasem na granicy.
- Na parkiecie zjedliśmy beczkę soli. W życiu – jeszcze więcej.
Ich ślub miał być tajny. Nie był. Przed hotelem – trzydziestu fotografów. W kościele – dziura wycięta w drewnie, w którą ktoś wsadził aparat na pilota.
- Wtedy zrozumiałam, że prywatność to luksus, a nie prawo – mówi. Dlatego dzieci nie pokazuje. I nie zamierza.
Hejt towarzyszył jej od początku. „Przez lata pluto na mnie w gazetach” – wspomina bez żalu, ale z pamięcią. W końcu poszła do sądu. Wygrała. Odszkodowanie oddała na cel charytatywny. I to był moment, w którym przestała być „miłą Kasią z telewizji”, a zaczęła być kobietą, która stawia granice.
Kiedy zaszła w ciążę, była szczęśliwa. Kiedy powiedziała o tym producentom – straciła wszystkie projekty. „Ciąża to nie choroba. A już na pewno nie psychiczna” – powtarzała. Ale nikt nie słuchał.
W „M jak miłość” zachowali się fair – wysłali Kingę do sanatorium. W innych programach – wymieniono ją na kogoś „bezpieczniejszego”. Pół roku bez pracy, bez dochodu. Pół roku z brzuchem, który „miał zniknąć od razu, a nie zniknął”. Z buntu narodziła się książka „Sexy mama”. Nie o obcasach. Nie o makijażu. O sile. O kobiecości. O tym, że matka nie jest służącą świata.
- Sexy jest w głowie. Sexy to świadomość własnej wartości – mówi.
Hejt był potężny. Nikt książki nie czytał, ale każdy miał opinię. Dopiero po dwóch latach ktoś ją przeczytał naprawdę. Recenzja była pochlebna. A slogan „sexy mama” wszedł do języka i został.
Z krytyki narodził się program o metamorfozach kobiet. Chciała pokazać, że każda może poczuć się piękna, jeśli dostanie wsparcie. Nie wszystkie utrzymały efekty. Ale kilka – tak. I dla tych kilku warto było.
A kiedy opowiadała o tym wszystkim na spotkaniu z czytelnikami, miało się wrażenie, że mówi o życiu jak o tańcu: czasem krok w przód, czasem w bok, czasem ktoś nadepnie na palce. Ale muzyka gra dalej, a ona — zamiast przepraszać za własny rytm — po prostu tańczy swoje.
- W życiu nie chodzi o to, żeby być idealną. Wystarczy być prawdziwą.
I może właśnie dlatego, kiedy skończyła mówić, w sali zostało coś więcej niż wspomnienie spotkania. Zostało poczucie, że siła nie zawsze robi hałas — czasem po prostu siedzi naprzeciwko ciebie, uśmiecha się i mówi: „No to co, idziemy dalej?”.
Jola Babij /Media Production JB