Lekcja dla ghostwritera
07/03/2018
Rozmowa o książce potrafi ruszyć jak coś poważnego, a kończy się jak przeciągnięta wymiana wiadomości z kimś, kto nie potrafi zdecydować, czy w ogóle chce zacząć.

photo: furkanfdemir
Ktoś zgłasza się do nas z historią życia, którą „warto opowiedzieć”. Zapowiada się konkretnie — dopóki nie zacznie się seria pytań, które mnożą się szybciej niż wątpliwości przed pierwszą randką.
Najpierw interesują go etapy pracy. Za chwilę styl. Za moment pyta, czy „da się inaczej”. Po chwili — czy „na pewno zrozumiemy”. A na końcu — czy można „jeszcze coś doprecyzować”. I tak w nieskończoność. Człowiek zaczyna mieć wrażenie, że prowadzi indywidualne szkolenie, a nie rozmowę o zleceniu. Niektórzy potrafią analizować każdy drobiazg tak długo, aż sami się zmęczą własnym niezdecydowaniem. I wtedy znikają. Bez pożegnania, bez wyjaśnienia, bez jednego zdania. Jakby cała wymiana była tylko snem, który rano się rozmywa.
Zdarzają się też tacy, którzy traktują kontakt jak okazję do darmowej burzy mózgów. Pytają o konstrukcję swojej historii, kierunek, rozwiązania, inspiracje. Człowiek tłumaczy, szkicuje, podpowiada — a po drugiej stronie nagle cisza. Nie dlatego, że projekt rusza. Dlatego, że ktoś właśnie uznał, że... ma już wystarczająco dużo wiedzy, żeby „spróbować samodzielnie”. Oczywiście nic z tego nie wyjdzie, ale to już nie nasz problem.
Najbardziej widowiskowe są jednak nagłe zwroty akcji. Na przykład wtedy, gdy ktoś zgłasza się z autobiografią. Konkretna sprawa: fakty, chronologia, rozmowy, materiały. Wszystko ustalone, cena dogadana, terminy zapisane. I nagle — zmiana planów. „Wie pani co? Jednak wolałabym powieść.” Nie drobna korekta. Pełnoprawna fabuła z bohaterami, dialogami, napięciem i całą literacką architekturą. A kiedy słyszy, że to inny rodzaj pracy i inna wycena, robi się chłodno. Lodowato wręcz, a potem pusto. Znika bez słowa, jakby ktoś go obraził samym faktem, że powieść nie kosztuje tyle samo co spisanie wspomnień (!).
Po takich historiach człowiek przestaje wierzyć w przypadki. Zaczyna wierzyć w zasady. W płatne konsultacje na start. W krótkie, konkretne rozmowy zamiast wielotygodniowego przeciągania liny. W zaliczki, które blokują termin. W świadomość, że pomysły, plany i analizy nie są gratisem dołączanym do uśmiechu. I w to, że brak decyzji po określonym czasie oznacza jedno: zamknięcie tematu.
Bo prawda jest prosta. Ktoś, kto potrafi męczyć tygodniami, a potem znika bez słowa, nie jest klientem. Jest przypomnieniem, że w tym zawodzie talent do pisania to za mało. Trzeba jeszcze umieć powiedzieć „stop”, zanim ktoś wyssie z ciebie czas, energię i cierpliwość. A im szybciej człowiek się tego nauczy, tym mniej będzie musiał oglądać pleców osób, które chcą książki, ale nie chcą decyzji.
Jola Babij /Media Production JB