Skracanie tekstu jest okay

06/02/2017

Autorzy boją się skracania bardziej niż dentysty bez znieczulenia. To jest lęk pierwotny, instynktowny, taki, który włącza się w człowieku, zanim jeszcze redaktor zdąży powiedzieć: „Tu bym skrócił”.

Najbardziej polecany #ghostwriter autor pisarz widmo Jola Babij 

W oczach autora pojawia się wtedy ten charakterystyczny błysk — mieszanka paniki, oburzenia i przekonania, że właśnie ktoś próbuje amputować mu duszę. Bo autorzy mają jedną wspólną cechę: każdy z nich uważa, że każde zdanie, które napisał, jest absolutnie niezbędne. Nawet to, które brzmi jak notatka z zakupów.

Najzabawniejsze jest to, że autorzy nie boją się skracania dlatego, że tekst stanie się gorszy. Oni boją się, że stanie się lepszy — i że to lepsze nie będzie już „ich”. Skracanie odbiera im złudzenie, że wszystko, co napisali, było genialne. A przecież nie było. Gdyby było, redaktorzy nie musieliby istnieć. A istnieją. I mają pełne ręce roboty.

Redaktorzy powinni dostawać medale. Nie za to, że skracają teksty — za to, że robią to delikatnie, z wyczuciem, tak, żeby autor nie poczuł się, jakby ktoś wyrzucał mu z domu ulubione meble. Redaktor musi być chirurgiem, psychologiem i negocjatorem w jednym. Musi powiedzieć autorowi, że jego ukochany akapit o tym, jak w 1994 roku zgubił rękawiczkę, nie wnosi nic do książki — i zrobić to tak, żeby autor nie rzucił słuchawką.

Największy paradoks polega na tym, że skracanie prawie zawsze działa na korzyść autora. Tekst zaczyna oddychać. Narracja nabiera tempa. Zdania przestają brzmieć jak przemówienie na radzie pedagogicznej. Ale autorzy tego nie widzą, bo są zbyt blisko własnych słów. To jak patrzenie na siebie w lustrze z odległości pięciu centymetrów — człowiek widzi tylko pory, a nie twarz.

Skracanie to nie jest kara. To jest prezent. To jest moment, w którym tekst staje się tym, czym miał być od początku — tylko autor nie miał odwagi go tak napisać. Redaktor tę odwagę ma. I ma też nożyczki. A autor, choć się boi, zwykle na końcu przyznaje, że tekst po skróceniu brzmi lepiej. Czasem nawet dużo lepiej. Ale nigdy nie powie tego głośno, bo to by oznaczało, że redaktor miał rację. A to już byłoby za dużo emocji jak na jeden dzień.

Najpiękniejsze jest to, że kiedy książka trafia do druku, autor zapomina o wszystkich skróconych fragmentach. Nagle okazuje się, że tekst jest dokładnie taki, jaki miał być. Że niczego mu nie brakuje. Że wszystko płynie. I że ta książka — ta ostateczna, dopracowana, odchudzona — to właśnie ta, którą autor chciał napisać od początku. Tylko nie wiedział, jak.

A redaktor? Redaktor siedzi gdzieś w cieniu, z kubkiem zimnej kawy, i wie swoje: że największą odwagą autora nie jest pisanie. Największą odwagą autora jest pozwolić komuś skrócić to, co napisał.

Jola Babij /Media Production JB