Ekspert od gaszenia pożarów
15/12/2016
Niektórzy radzą sobie z trudnymi sytuacjami tak naturalnie, jakby mieli wbudowany radar do wykrywania wyjść awaryjnych. Inni potrzebują instrukcji obsługi, żeby przejść przez własny tydzień.

photo: Ono Kosuki
Trafiła do mnie osoba, która deklarowała talent do rozwiązywania problemów, choć jej codzienność przypominała labirynt bez wyjścia — taki, w którym nawet Minotaur by się poddał. Oczywiście dziś mam zgodę na to, by anonimowo wspomnieć jej przypadek. Piszę o tym, by uzmysłowić innym, jak trudna jest praca ghostwritera.
Złożyła więc zamówienie na dzieło literackie w postaci książki eksperckiej. Na jaki temat?
– O mojej umiejętności rozwiązywania problemów — oznajmiła.
Poprosiłam o przykład. Jeden. Najmniejszy.
– Ojej…
– Coś z pracy?
– Raczej nie.
– Z życia?
– Też nie.
– To może coś drobnego?
– Drobne rzeczy są najtrudniejsze.
– To coś większego?
– Duże rzeczy są jeszcze gorsze.
W tym momencie wiedziałam, że mam przed sobą kobietę, która potrafi zgubić się w centrum handlowym i jeszcze mieć pretensje do mapy.
Spróbowałam więc znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia, choć czułam, że to będzie kopanie studni w piachu:
– Może jakaś sytuacja, w której znalazła pani rozwiązanie?
– Nie wiem, czy znalazłam.
– Coś, co pani naprawiła?
– Nie naprawiam rzeczy.
– Coś, co pan usprawniła?
– Nie usprawniam.
– Coś, co pani ogarnęła?
– Nie ogarniam.
Głupio się przyznać, ale przy tym ostatnim obydwie parsknęłyśmy śmiechem. Bo zabrzmiało jak zabrzmiało i już naprawdę było się z czego zaśmiać. I potem atmosfera się rozluźniła na tyle, że napięcie i mocno odczuwalny stres z klientki zszedł całkowicie. Można było dopytywać dalej.
To była ciepła, miła kobieta, która chciała książki o rozwiązywaniu problemów, ale jej własne życie wyglądało jak niekończący się test cierpliwości. Aż w końcu padło zdanie, które wyjaśniło wszystko:
– Chcę, żeby ta książka pokazała, że jestem świetna w rozwiązywaniu problemów.
W głowie miałam tylko jedną myśl:
„To najpierw znajdźmy problem, którego pani nie pogorszyła”.
Z czasem dotarło do mnie, że ona nie jest nieudolna. Ona po prostu całe życie działała w trybie gaszenia pożarów. Improwizowała, nadrabiała, łatała, biegła. Nigdy nie miała okazji nauczyć się spokojnego, metodycznego działania. A człowiek, który całe życie gasi pożary, zaczyna wierzyć, że jest strażakiem — nawet jeśli sam podpala.
Moim zadaniem było zrobić coś trudnego: pokazać jej, że rozwiązywanie problemów nie polega na tym, żeby być bohaterem, tylko żeby nie tworzyć nowych po drodze. Pokazać, nie dlatego, że jestem jakimś pieprzonym psychologiem, bo mnie za takie sesje nikt extra nie płaci. Ale dlatego, że tylko wtedy będę mogła napisać dla niej dobrą książkę.
Ostatecznie udało się znaleźć trzy sytuacje, w których faktycznie coś rozwiązała.
Była szczerze zdziwiona:
– Nie wiedziałam, że to było rozwiązanie… - powiedziała zaskoczona.
Zbudowałam z tego narrację.
– Brzmi, jakbym była analitykiem — stwierdziła po czasie.
I tak powstała książka o rozwiązywaniu problemów, które ta pani miała… tylko nigdy ich nie zauważała, dopóki nie wybuchały.
Największa ironia?
Czasem największym rozwiązaniem problemu klienta jest to, że w końcu przestaje go tworzyć.
Jola Babij /Media Production JB w Londynie
polecany ghostwriter pisarz widmo