Ksiądz, który zabił…

09/12/2016

Jaką cenę w dobie Internetu, ale i globalnej samotności - może zapłacić człowiek za poszukiwanie szczęścia i miłości? I gdzie jest granica szacunku, której nie powinno się przekraczać. O swojej debiutanckiej książce „KSIĄDZ, KTÓRY ZABIŁ. PRAWDZIWA HISTORIA POLKI UWIKŁANEJ W OSZUSTWO I SPRAWY KOŚCIELNE" - opowiada autorka J. Schuneyko.

J. Schuneyko wywiad Jola Babij 

To pani debiutancka książka, historia mogąca przydarzyć się każdej z nas…

J. Schuneyko: Tak, to mój debiut literacki. To opowieść o mnie, być może o wielu innych, podobnych mi kobietach, o życiu po prostu.

Sygnuje ją pani nie swoim prawdziwym nazwiskiem, a pseudonimem literackim. Dlaczego?

J.S.: Z racji tego, że żyję zagranicą ta forma podpisu jest chyba łatwiejsza w odbiorze. Zwłaszcza, że mam dwuczłonowe nazwisko. Poza tym, ten pseudonim literacki dobrze brzmi… (uśmiech).

Ta książka to fikcja literacka, czy rzeczywiście tak jak w tytule: historia prawdziwa.

J.S.: Historia zdecydowanie prawdziwa. Zresztą napisana w formie wspomnień, taka trochę biograficzna.

Zdradźmy może o czym jest i dla kogo napisana.

J.S.: To książka o granicach, które niektórzy z taką łatwością potrafią przekraczać, o obłudzie przedstawiciela kościoła katolickiego. To książka o braku odpowiedzialności za swoje czyny i konsekwencjach działań. To opowieść o dwojgu dojrzałych ludzi, którzy chyba inaczej pojmują słowo miłość. To książka o mnie. A dla kogo? Dla kobiet spragnionych miłości, czyli dla nas wszystkich. Wbrew pozorom to jest też książka o wybaczaniu, bo przecież wybaczałam mężowi przez ponad rok różne jego grzechy i grzeszki. To książka o naiwności, bo niewątpliwie byłam  naiwna.

Czyli bohaterka to naiwna kobieta?

J.S.: Jeśli o miłości można powiedzieć, że jest naiwna to tak, bohaterka była zakochana. A przez to naiwna. A która z nas kobiet, może powiedzieć, że nigdy taka nie była? Za cenę utraty szacunku do samej siebie, godności, wiele kobiet podąża za miłością i robi wszystko, by uchronić się przed samotnością. Byłam tego przykładem. Niestety, również i ofiarą. Ale po szczegóły zapraszam do lektury książki.

Co panią skłoniło do napisania wspomnień?

 J.S.: To wyjaśniłam już w książce… chciałam poniekąd przyznać się do życia z księdzem i opowiedzieć jak do tego doszło oraz w jaki sposób manipulował mną. Może też chciałam trochę ostrzec inne kobiety?

Książka napisana jest w pierwszej osobie, skąd pomysł na taką akurat formę narracji?

J.S.: Wydawało mi się, że wprowadzanie czytelnika w mój monolog, będzie najlepszą formą przekazu. Pozwala to poznać moje myśli, odczucia, ale też zrozumieć tok mojego myślenia i postępowania. Dzięki tej formie chyba łatwiej czytelnikowi będzie zrozumieć bohaterkę. Dlaczego podejmuje takie, a nie inne decyzje. Chciałam, żeby książka była prawdziwa. Bez fikcyjnych udziwnień. Czy dzisiaj zachowałabym się inaczej, niż książkowa bohaterka? Tego nie wiem. Czy napisałabym inaczej? Chyba nie. Książka jest opisem emocji, sekwencji zdarzeń z tamtego, trudnego dla mnie okresu.

A skąd tytuł? Przyzna pani, że brzmi dość kontrowersyjnie.

J.S.: Nie chciałabym zdradzać, dlaczego akurat taki tytuł. Tego czytelnik dowie się po przeczytaniu moich wspomnień. Zabrzmi trochę metaforycznie, ale umieramy w życiu na wiele sposobów. Zwykle każdy z nas mówi śmierci: NIE. Nie dzisiaj, nie teraz, nie ja, mnie to nie spotka. Jednak śmierć jest kresem, czymś ostatecznym. Patrząc w ten sposób na moją książkę, łatwiej zrozumieć tytuł. Ale to dopiero na sam koniec mojej opowieści. Tutaj taka ciekawostka, że kilka wydawnictw do których się zgłosiłam, sugerowało żebym zmieniła tytuł właśnie z uwagi na tę kontrowersję. Ale nie zgodziłam się.

Nie tylko tytuł, ale przecież sam temat książki jest – według niektórych wydawnictw - skandaliczny.

J.S.: To prawda. Spotkałam się z opiniami, również wydawnictw, że uprawiam swego rodzaju ekshibicjonizm. Jak to tak można, pisać źle o księdzu… Podobno w Polsce nie jest to dobrze widziane. I chyba w myśl zasady, że skoro się o czymś nie mówi, to tego nie ma. A ja chciałam udowodnić, że jest, że to się dzieje naprawdę. I nie tylko w Polsce.

Akcja dzieje się w Austrii, w której mieszka pani od trzydziestu lat. Dlaczego nie zdecydowała się pani na napisanie jej w języku niemieckim?

J.S.: Nie pomyślałam o tym, ale teraz kto wie, może ją kiedyś przetłumaczę. Faktem jest, że dotyczy polskich obywateli. Nie wiem, czy zainteresowałabym tym tematem Austriaków. Polakom chyba będzie bliższy. Chociaż dostaję sygnały - choćby z teatru, w którym pracuję - że koledzy wielu innych narodowości, chętnie by ją przeczytali. Póki co, czytam znajomym małe fragmenty po niemiecku (śmiech).

I jakie opinie?

J.S.: (śmiech) Przychylne, jeśli chodzi o wartkość akcji, styl pisania itd. Natomiast wiele osób zadziwia fakt, że tak otwarcie opisałam to, co działo się w moim życiu przez kilkanaście miesięcy. Prawie nikt z mojego otoczenia ani w pracy, nie miał o tym pojęcia. Tym bardziej są zaskoczeni, że nagłośniłam sprawę i ogołociłam się z prywatności, intymności. Dostaję też sygnały, że ta historia mogła przydarzyć się każdemu i w każdym zakątku świata.

Długo pani dojrzewała do momentu, w którym myśl o książce została przelana na papier?

J.S.: Nie. To była decyzja spontaniczna. Nie analizowałam tego: byłoby dobrze, czy może źle? Po prostu któregoś razu postanowiłam: opiszę to. I tak też zrobiłam.

Mało jest w tej lekturze elementów radosnych, dlaczego?

J.S.: Fakt, skupiłam się tylko na tych gorszych. Ale miały one znaczenie. Ukazywały sam problem oraz schemat działania mojego męża.

Ile czasu zajęło pani spisanie tych wspomnień?

J.S.: Około pół roku. Spędzałam przed komputerem po kilka godzin, głównie w nocy, po pracy. W międzyczasie zdążyłam wziąć rozwód, cały czas pracowałam zawodowo, byłam też na urlopie w Polsce. Tak więc był to dla mnie bardzo intensywny okres.

Czy coś zmieniło się w pani życiu, od czasu napisania te j książki?

J. S.: Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. I tak, i nie. Zbyt mało czasu upłynęło. Poza tym, książka tak naprawdę nie ujrzała jeszcze światła dziennego. Póki co, to tylko kilkadziesiąt stron maszynopisu. Już po korekcie, redakcji tekstu, próbach z wyborem okładki. Świeża sprawa. Na pewno, pomimo całej tej historii, wróciła mi wiara w człowieka i uczciwość Kościoła. Jeśli chodzi o samą książkę, to obecnie jestem na etapie wybierania wydawnictwa. Zastanawiam się, ponieważ oprócz formy papierowej zależy mi również na wydaniu e-booka. A poza tym, książka została wysłana na konkurs literacki. Wyniki będą dopiero w marcu. Do tego czasu muszę wstrzymać się z jej wydaniem. Miałam też propozycję adaptacji tekstu na scenę teatralną, tak więc wszystko jeszcze jest przede mną. Jednak bardzo bym chciała, żeby książka trafiła już w ręce czytelników. Jestem ciekawa, jak zostanie przyjęta. Mam nadzieję, że dobrze.

Dobra książka, to znaczy jaka?

J.S.: Zapadająca w pamięć. Taka, która po zakończeniu czytania sprawi, że czytelnik myśli o niej, analizuje wybory bohatera. Taka, która jest nieoczywista, zostawia jakieś niedopowiedzenie. Mam nadzieję, że pomimo biograficznego charakteru, ta książka taka właśnie będzie dla czytelnika. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że moja osoba będzie poddana ostrej krytyce. Ale jestem na to gotowa.

Wypada więc poczekać, aż ukaże się drukiem. A jakieś plany na przyszłość?

J.S.: Właśnie powstaje druga książka. Zupełnie inna. Odkryłam, że pisanie wciąga i leczy duszę (uśmiech).

Dziękuję za rozmowę i powodzenia.

 

mediajb.pl, rozm. Jola Babij /Media Production JB, foto: archiwum własne J. Schuneyko